Witajcie moi milusińscy,
Zastanawiałam się,o czym powinnam napisać wam w kolejnym wpisie.Tak wiele się działo i tak wiele zmieniło podczas mojej choroby,że niełatwo to uszeregować.Postanowiłam, że dziś napomknę wam o emocjach i wsparciu bliskich podczas tych trudnych doświadczeń.Cóż,emocji jest cała lawina.Najpierw diagnoza,która często jawi nam się jak wyrok,potem szereg badań i niepewność,co z nami będzie.Następnie pobyt w szpitalu,operacja, która niekiedy okalecza ciało,potwierdzenie diagnozy i cała dalsza terapia.Powiem krótko.Wszystko da się przeżyć.Bardzo ważne jest w tym wszystkim nastawienie i wsparcie bliskich.
Najgorszą z emocji nad którą trzeba mocno pracować jest panika.Strach jest całkiem naturalny ale już panika powoduje całą lawinę niekorzystnych zmian w naszym organizmie i tak narażonym już na wiele mocnych przeżyć.Ja miałam to wielkie szczęście, że przez cały czas choroby bardzo mocno wspierał mnie mąż i córka.
Mąż towarzyszył mi przez cały czas.Odwiedzał mnie po dwa razy dziennie w szpitalu,rozpieszczał łakociami i prezencikami.Mówił, że mnie kocha i zapewniał,iż nic się w tej kwestii nie zmieni.Mówił, że jestem piękna i tylko ta jedyna i nic więcej się nie liczy,tylko moje zdrowie,bo beze mnie wszystko traci sens.To bardzo budujące w trudnych chwilach.Ponadto wycałowywał wszystkie moje łzy i czule przytulał,gdy było mi źle.Masował mi stópki i zarażał śmiechem.Córka natomiast gasiła mój lęk w atakach paniki,gdy przerażona nie do końca rozumiałam,co się dzieje z moim organizmem.Zachowywała się tak jak ja niegdyś, gdy ona była malutka.Pewnym głosem uspakajała mnie,przytulała i zapewniała,że zaraz wszystko minie.Modliła się za mnie i była blisko.Wspierali mnie oboje po operacji i gdy wypadały mi moje piękne,hodowane latami długie loki.To bardzo ważne.Dzięki temu stopniowo zaczęłam zmieniać moje podejście do choroby i dojrzewać do rozpoczęcia procesu uzdrawiania.Chciałabym zaznaczyć,że wsparcie najbliższych jest bardzo ważne ale to nie jest warunek konieczny, aby pomóc organizmowi dojść do zdrowia.Niektórzy nie mają na kim się wesprzeć ale przy odpowiednim nastawieniu mogą rozpocząć proces odnowy, bazując na własnych siłach.Moja koleżanka stwierdziła niedawno, że nikt oprócz nas samych nie zatroszczy się bardziej o nasze życie.W moim wypadku ogromne znaczenie wspierające miała wiara w Boga i na tym też mogą wesprzeć się osoby samotne ale o tym w osobnym wpisie.
Teraz troszkę o emocjach związanych ze zmianami jakie zachodziły w moim organizmie.
Wiadomo,że mastektomia czy wypadanie włosów to dla kobiety ogromne przeżycie i nie da się tego zbagatelizować czy obrócić w żart.Jeśli jednak przyjrzeć się już z perspektywy czasu na ten fakt, to są to ogromne emocje zafundowane organizmowi w bardzo niekorzystnym czasie.Po operacji bowiem nasze ciało mobilizuje wszelkie swoje siły, aby zagoić ranę i przystosować się do nowej sytuacji.Potrzebuje wtedy naszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek.A my, no cóż.Poddajemy się wtedy rozpaczy i w żaden sposób nie pomagamy tym naszemu organizmowi w walce o nasze zdrowie.
Napiszę wam jak ja radziłam sobie z tymi problemami,choć mam pełną świadomość, że każdy z nas jest inny i proszę nie traktować tego jak recepty.Każdy musi sam wypracować swój sposób na wyciszenie szalejących emocji.
Ja postanowiłam, zdając sobie sprawę z tego,co mnie czeka,że na każde przeżycie traumatyczne daję sobie dokładnie jedną godzinę i ani minuty więcej.Mój organizm będzie miał szansę wyrzucić z siebie złe emocje ale nie zdąży popaść w ruinę przez ciągłe rozdrapywanie ran.Jedna godzina i nigdy więcej nie wracam do tematu w formie rozpaczy.
W rezultacie za każdym razem trwało to ok pół godziny.Po mastektomii,jeszcze na sali pooperacyjnej dałam sobie upust emocjom.Miałam w nosie to, aby być dzielną.Wyłam i zalewałam się łzami chyba z 20 minut.Pielęgniarki oczywiście robiły,co mogły żeby mnie pocieszyć ale ja wiedziałam, że to jest mój czas i nie dałam się zbić z pantałyku.Wyłam z całych sił.po ok 20 minutach uspokoiłam się i już więcej nie skapnęła mi ani jedna łza.Uśmiechnięta, choć jeszcze z mokrymi oczami powróciłam na salę do swoich koleżanek.
Podobnie było z utratą włosów.Uprzedziłam bliskich,że idę rozpaczać i żeby mi w tym nie przeszkadzali.Uspokoiłam ich też,że nie będzie to trwało dłużej niż godzinę.Oczywiście i tak mnie wspierali i pocieszali ale, co było dla mnie ważne, nie hamowali moich łez i czuli się bezpiecznie z myślą,że nie wpadnę w taki stan na dobre ale co najwyżej na godzinę.Słowa dotrzymałam i nigdy już nie zapłakałam z tego powodu.Teraz mam super szczecinkę na głowie,równie gęstą jak przed chemią tyle, że krótszą a pierś niewykluczone, że będę rekonstruować.Najważniejsze, że dałam szansę swojemu organizmowi podnieść się z szoku, w jakim się znalazł.
Dziś z perspektywy czasu dziękuję Bogu i moim bliskim, że przy ich wsparciu nie rozbroiłam mojego organizmu doszczętnie, zachowując minimum socjalne,jakiego potrzebował mój organizm aby wyzdrowieć.Pamiętajcie kochani, że cokolwiek się wydarzy wszystko da się odtworzyć ale dajcie szanse organizmowi przezwyciężyć chorobę i doprowadzić was do doskonałej kondycji.Kochajcie siebie w tym względzie i bądźcie dla siebie czuli ale nie rozczulajcie się nad sobą nadmiernie tylko wspomagajcie swój organizm w naprawianiu szkód,które wyrządza nam choroba.On wam się odwdzięczy szybkim powrotem do zdrowia i radości.
Buziole ,do następnego wpisu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz