Witajcie moi milusińscy,
Zastanawiałam się,o czym powinnam napisać wam w kolejnym wpisie.Tak wiele się działo i tak wiele zmieniło podczas mojej choroby,że niełatwo to uszeregować.Postanowiłam, że dziś napomknę wam o emocjach i wsparciu bliskich podczas tych trudnych doświadczeń.Cóż,emocji jest cała lawina.Najpierw diagnoza,która często jawi nam się jak wyrok,potem szereg badań i niepewność,co z nami będzie.Następnie pobyt w szpitalu,operacja, która niekiedy okalecza ciało,potwierdzenie diagnozy i cała dalsza terapia.Powiem krótko.Wszystko da się przeżyć.Bardzo ważne jest w tym wszystkim nastawienie i wsparcie bliskich.
Najgorszą z emocji nad którą trzeba mocno pracować jest panika.Strach jest całkiem naturalny ale już panika powoduje całą lawinę niekorzystnych zmian w naszym organizmie i tak narażonym już na wiele mocnych przeżyć.Ja miałam to wielkie szczęście, że przez cały czas choroby bardzo mocno wspierał mnie mąż i córka.
Mąż towarzyszył mi przez cały czas.Odwiedzał mnie po dwa razy dziennie w szpitalu,rozpieszczał łakociami i prezencikami.Mówił, że mnie kocha i zapewniał,iż nic się w tej kwestii nie zmieni.Mówił, że jestem piękna i tylko ta jedyna i nic więcej się nie liczy,tylko moje zdrowie,bo beze mnie wszystko traci sens.To bardzo budujące w trudnych chwilach.Ponadto wycałowywał wszystkie moje łzy i czule przytulał,gdy było mi źle.Masował mi stópki i zarażał śmiechem.Córka natomiast gasiła mój lęk w atakach paniki,gdy przerażona nie do końca rozumiałam,co się dzieje z moim organizmem.Zachowywała się tak jak ja niegdyś, gdy ona była malutka.Pewnym głosem uspakajała mnie,przytulała i zapewniała,że zaraz wszystko minie.Modliła się za mnie i była blisko.Wspierali mnie oboje po operacji i gdy wypadały mi moje piękne,hodowane latami długie loki.To bardzo ważne.Dzięki temu stopniowo zaczęłam zmieniać moje podejście do choroby i dojrzewać do rozpoczęcia procesu uzdrawiania.Chciałabym zaznaczyć,że wsparcie najbliższych jest bardzo ważne ale to nie jest warunek konieczny, aby pomóc organizmowi dojść do zdrowia.Niektórzy nie mają na kim się wesprzeć ale przy odpowiednim nastawieniu mogą rozpocząć proces odnowy, bazując na własnych siłach.Moja koleżanka stwierdziła niedawno, że nikt oprócz nas samych nie zatroszczy się bardziej o nasze życie.W moim wypadku ogromne znaczenie wspierające miała wiara w Boga i na tym też mogą wesprzeć się osoby samotne ale o tym w osobnym wpisie.
Teraz troszkę o emocjach związanych ze zmianami jakie zachodziły w moim organizmie.
Wiadomo,że mastektomia czy wypadanie włosów to dla kobiety ogromne przeżycie i nie da się tego zbagatelizować czy obrócić w żart.Jeśli jednak przyjrzeć się już z perspektywy czasu na ten fakt, to są to ogromne emocje zafundowane organizmowi w bardzo niekorzystnym czasie.Po operacji bowiem nasze ciało mobilizuje wszelkie swoje siły, aby zagoić ranę i przystosować się do nowej sytuacji.Potrzebuje wtedy naszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek.A my, no cóż.Poddajemy się wtedy rozpaczy i w żaden sposób nie pomagamy tym naszemu organizmowi w walce o nasze zdrowie.
Napiszę wam jak ja radziłam sobie z tymi problemami,choć mam pełną świadomość, że każdy z nas jest inny i proszę nie traktować tego jak recepty.Każdy musi sam wypracować swój sposób na wyciszenie szalejących emocji.
Ja postanowiłam, zdając sobie sprawę z tego,co mnie czeka,że na każde przeżycie traumatyczne daję sobie dokładnie jedną godzinę i ani minuty więcej.Mój organizm będzie miał szansę wyrzucić z siebie złe emocje ale nie zdąży popaść w ruinę przez ciągłe rozdrapywanie ran.Jedna godzina i nigdy więcej nie wracam do tematu w formie rozpaczy.
W rezultacie za każdym razem trwało to ok pół godziny.Po mastektomii,jeszcze na sali pooperacyjnej dałam sobie upust emocjom.Miałam w nosie to, aby być dzielną.Wyłam i zalewałam się łzami chyba z 20 minut.Pielęgniarki oczywiście robiły,co mogły żeby mnie pocieszyć ale ja wiedziałam, że to jest mój czas i nie dałam się zbić z pantałyku.Wyłam z całych sił.po ok 20 minutach uspokoiłam się i już więcej nie skapnęła mi ani jedna łza.Uśmiechnięta, choć jeszcze z mokrymi oczami powróciłam na salę do swoich koleżanek.
Podobnie było z utratą włosów.Uprzedziłam bliskich,że idę rozpaczać i żeby mi w tym nie przeszkadzali.Uspokoiłam ich też,że nie będzie to trwało dłużej niż godzinę.Oczywiście i tak mnie wspierali i pocieszali ale, co było dla mnie ważne, nie hamowali moich łez i czuli się bezpiecznie z myślą,że nie wpadnę w taki stan na dobre ale co najwyżej na godzinę.Słowa dotrzymałam i nigdy już nie zapłakałam z tego powodu.Teraz mam super szczecinkę na głowie,równie gęstą jak przed chemią tyle, że krótszą a pierś niewykluczone, że będę rekonstruować.Najważniejsze, że dałam szansę swojemu organizmowi podnieść się z szoku, w jakim się znalazł.
Dziś z perspektywy czasu dziękuję Bogu i moim bliskim, że przy ich wsparciu nie rozbroiłam mojego organizmu doszczętnie, zachowując minimum socjalne,jakiego potrzebował mój organizm aby wyzdrowieć.Pamiętajcie kochani, że cokolwiek się wydarzy wszystko da się odtworzyć ale dajcie szanse organizmowi przezwyciężyć chorobę i doprowadzić was do doskonałej kondycji.Kochajcie siebie w tym względzie i bądźcie dla siebie czuli ale nie rozczulajcie się nad sobą nadmiernie tylko wspomagajcie swój organizm w naprawianiu szkód,które wyrządza nam choroba.On wam się odwdzięczy szybkim powrotem do zdrowia i radości.
Buziole ,do następnego wpisu.
sobota, 10 sierpnia 2013
wtorek, 6 sierpnia 2013
Szpitalne potworki czyli strach ma wielkie oczy
Witajcie kochani.
Dziś powiodę was na białą salę,czyli do szpitalnej rzeczywistości ale nie bójcie się,nie zostaniecie tam sami.
Dostaniecie niezbędnik szpitalnika,czyli spray na szpitalne potworki i strachy na lachy oraz gaz rozweselający na wszelki wypadek,gdyby humor wam nie dopisywał.
A ze mną to było tak.
Jak już pisałam w wyniku nietrafionej diagnozy mój pobyt w szpitalu miał miejsce dwa razy.
Za pierwszym razem wyłuskano guza, natomiast drugi raz to była mastektomia.
No to po kolei.
Każdy pobyt w szpitalu to emocjonujące wydarzenie ale można zrobić wiele,aby nie kojarzył nam się traumatycznie..
Po pierwsze to pamiętajmy, że w takim miejscu, z uwagi na jego specyfikę, można zawrzeć wiele przyjaźni i to takich na długo.Tak właśnie było w moim wypadku.
Po drugie to czas kiedy bezkarnie można zająć się tym, co lubimy.W moim wypadku było to czytanie książek ale jest też wiele innych rzeczy,które można robić.
Po trzecie-no sami powiedzcie-gdzie jak nie w szpitalu można zażądać wszystkiego od ptasiego mleczka,po kolorowe gazetki i inne duperelki, nie narażając się na komentarze, a po co ci to lub to takie niezdrowe.
Każdy mój pobyt w szpitalu wspominam dość sympatycznie poza małymi incydencikami, z których po czasie mogę się już smiać.
Pamiętajcie moi mili do szpitala zabieramy;
Wygodne,kolorowe,ukochane piżamki-warto kupić nowe,żeby czuć się świeżo.Ja zaopatrzyłam się w pięć i udawałam strojnisię.A tak serio, to fajnie codziennie zmienić ubranko, gdy za oknem upał.
Ulubione ksiązki,gazetki i inne gadżety. Zabraniam wam nudzić się w szpitalu.Wtedy przychodzą koszmarne potworki i zaczynają straszyć:
No stary z tej narkozy już się nie wybudzisz albo no mój malutki wszystkie operację będą udane oprócz jednej,no zgadnij kochaniutki czyjej-brrrrrrrrrr.Zajęcie to lekarstwo na te straszaki.
Pisałam wam już,ze jestem osobą wierzącą więc ja zabrałam ze sobą jeszcze różaniec,modlitewniki i moich ukochanych Świętych Patronów. Do dziś nie wiem jak pomieściliśmy się w jednym łóżku hi,hi ale o znaczeniu wiary w chorobie będzie dłużej w innym wpisie.
Ulubiona herbatka czy kawka też będą bardzo potrzebne.Mianowicie-robimy sobie ulubiony napój,rozsiadamy się z książeczką i..........wchodzi pielęgniarka z zastrzykiem hi,hi.
No dobrze,już nie straszę.
A propos strachu.Jak go okiełznać przed zabiegiem.Ja zrobiłam to następująco,zadziałało za każdym razem.
Dwa dni przed zabiegiem pomyślałam sobie-mam jeszcze morze czasu do zabiegu-martwieniem zajmę się jak przyjdzie czas.Dzień przed zabiegiem, no jeszcze mnóstwo godzin ale na wszelki wypadek powierzyłam wszystko Bogu i oddaliłam stres postanawiając, że rano przed zabiegiem wystresuję się za wszystkie czasy.Rano trochę obleciał mnie strach ale dostałam niebieską tabletkę i miałyśmy z kobitkami ubaw,bo kazałam im zapamiętać jakie bzdury będę opowiadać.Mój chrześniak na przykład po tej tabletce udawał lwa, żeby odstraszyć lekarzy hi,hi.
Zasnęłam pod salą operacyjną i obudziłam się na swoim łóżku za pierwszym razem a na sali pooperacyjnej za drugim.Wszystko poszło jak należy i z wami też tak będzie, tylko nie wprowadzajcie swoich organizmów w traumę-odwdzięczą wam się szybkim wyzdrowieniem.Po zabiegu to już z górki.Byle jak najszybciej wstać z łóżeczka a potem odpoczywamy,czekając na wypisik.
A teraz historyjka z mojego szpitalnego życia wzięta,malutki dreszczowiec.
Strzeżcie się w szpitalu indian,jak to nazwała moja koleżanka siuksów.
Trafiłam na takiego podczas wyjmowania drenu.Sam zabieg jest bezbolesny tyle,że w moim wypadku było tak
Proszę wziąć głęboki oddech.......zasadził dziadek rzepkę w ogrodzie.........
Jeszcze raz oddech..........ciągną i ciągną wyciągnąć nie mogą....
No ja nie wiem co się dzieje- mówi lekarz-siuks-biedaczek jeden a pomocy z nikąd
I nagle Eureka,zasłona opadła
Oj,oj..... to jest zabezpieczone szwem, no nie zauważyłem. Cyk,obciął szew i dren,wyszedł bez zarzutu.
Wagarowicz jeden,Dzięki Ci Panie,że nie było go przy mojej operacji.A jak na zajęciach z zaszywania pacjenta też wagarował ...strach pomyśleć.
I to na tyle dzisiaj kochani.Pamiętajcie pobyt w szpitalu to tylko kilka dni,czytajcie,módlcie się,róbcie plany na przyszłość,zawierajcie nowe znajomości,piszcie wiersze,myślcie o ulubionych zajęciach,które będziecie robić po wyjściu ze szpitala a o zabiegu myślcie dopiero po niebieskiej tabletce.Dacie rade,pomóżcie swojemu organizmowi jak ukochanemu dziecku przejść przez to nowe doświadczenie.Okażcie sobie miłość i troskę a reszta powierzcie Bogu.Szybko zapomnicie o rzeczywistości szpitalnej i wrócicie do normalnego życia.
buziaki i do następnego wpisu.
Dziś powiodę was na białą salę,czyli do szpitalnej rzeczywistości ale nie bójcie się,nie zostaniecie tam sami.
Dostaniecie niezbędnik szpitalnika,czyli spray na szpitalne potworki i strachy na lachy oraz gaz rozweselający na wszelki wypadek,gdyby humor wam nie dopisywał.
A ze mną to było tak.
Jak już pisałam w wyniku nietrafionej diagnozy mój pobyt w szpitalu miał miejsce dwa razy.
Za pierwszym razem wyłuskano guza, natomiast drugi raz to była mastektomia.
No to po kolei.
Każdy pobyt w szpitalu to emocjonujące wydarzenie ale można zrobić wiele,aby nie kojarzył nam się traumatycznie..
Po pierwsze to pamiętajmy, że w takim miejscu, z uwagi na jego specyfikę, można zawrzeć wiele przyjaźni i to takich na długo.Tak właśnie było w moim wypadku.
Po drugie to czas kiedy bezkarnie można zająć się tym, co lubimy.W moim wypadku było to czytanie książek ale jest też wiele innych rzeczy,które można robić.
Po trzecie-no sami powiedzcie-gdzie jak nie w szpitalu można zażądać wszystkiego od ptasiego mleczka,po kolorowe gazetki i inne duperelki, nie narażając się na komentarze, a po co ci to lub to takie niezdrowe.
Każdy mój pobyt w szpitalu wspominam dość sympatycznie poza małymi incydencikami, z których po czasie mogę się już smiać.
Pamiętajcie moi mili do szpitala zabieramy;
Wygodne,kolorowe,ukochane piżamki-warto kupić nowe,żeby czuć się świeżo.Ja zaopatrzyłam się w pięć i udawałam strojnisię.A tak serio, to fajnie codziennie zmienić ubranko, gdy za oknem upał.
Ulubione ksiązki,gazetki i inne gadżety. Zabraniam wam nudzić się w szpitalu.Wtedy przychodzą koszmarne potworki i zaczynają straszyć:
No stary z tej narkozy już się nie wybudzisz albo no mój malutki wszystkie operację będą udane oprócz jednej,no zgadnij kochaniutki czyjej-brrrrrrrrrr.Zajęcie to lekarstwo na te straszaki.
Pisałam wam już,ze jestem osobą wierzącą więc ja zabrałam ze sobą jeszcze różaniec,modlitewniki i moich ukochanych Świętych Patronów. Do dziś nie wiem jak pomieściliśmy się w jednym łóżku hi,hi ale o znaczeniu wiary w chorobie będzie dłużej w innym wpisie.
Ulubiona herbatka czy kawka też będą bardzo potrzebne.Mianowicie-robimy sobie ulubiony napój,rozsiadamy się z książeczką i..........wchodzi pielęgniarka z zastrzykiem hi,hi.
No dobrze,już nie straszę.
A propos strachu.Jak go okiełznać przed zabiegiem.Ja zrobiłam to następująco,zadziałało za każdym razem.
Dwa dni przed zabiegiem pomyślałam sobie-mam jeszcze morze czasu do zabiegu-martwieniem zajmę się jak przyjdzie czas.Dzień przed zabiegiem, no jeszcze mnóstwo godzin ale na wszelki wypadek powierzyłam wszystko Bogu i oddaliłam stres postanawiając, że rano przed zabiegiem wystresuję się za wszystkie czasy.Rano trochę obleciał mnie strach ale dostałam niebieską tabletkę i miałyśmy z kobitkami ubaw,bo kazałam im zapamiętać jakie bzdury będę opowiadać.Mój chrześniak na przykład po tej tabletce udawał lwa, żeby odstraszyć lekarzy hi,hi.
Zasnęłam pod salą operacyjną i obudziłam się na swoim łóżku za pierwszym razem a na sali pooperacyjnej za drugim.Wszystko poszło jak należy i z wami też tak będzie, tylko nie wprowadzajcie swoich organizmów w traumę-odwdzięczą wam się szybkim wyzdrowieniem.Po zabiegu to już z górki.Byle jak najszybciej wstać z łóżeczka a potem odpoczywamy,czekając na wypisik.
A teraz historyjka z mojego szpitalnego życia wzięta,malutki dreszczowiec.
Strzeżcie się w szpitalu indian,jak to nazwała moja koleżanka siuksów.
Trafiłam na takiego podczas wyjmowania drenu.Sam zabieg jest bezbolesny tyle,że w moim wypadku było tak
Proszę wziąć głęboki oddech.......zasadził dziadek rzepkę w ogrodzie.........
Jeszcze raz oddech..........ciągną i ciągną wyciągnąć nie mogą....
No ja nie wiem co się dzieje- mówi lekarz-siuks-biedaczek jeden a pomocy z nikąd
I nagle Eureka,zasłona opadła
Oj,oj..... to jest zabezpieczone szwem, no nie zauważyłem. Cyk,obciął szew i dren,wyszedł bez zarzutu.
Wagarowicz jeden,Dzięki Ci Panie,że nie było go przy mojej operacji.A jak na zajęciach z zaszywania pacjenta też wagarował ...strach pomyśleć.
I to na tyle dzisiaj kochani.Pamiętajcie pobyt w szpitalu to tylko kilka dni,czytajcie,módlcie się,róbcie plany na przyszłość,zawierajcie nowe znajomości,piszcie wiersze,myślcie o ulubionych zajęciach,które będziecie robić po wyjściu ze szpitala a o zabiegu myślcie dopiero po niebieskiej tabletce.Dacie rade,pomóżcie swojemu organizmowi jak ukochanemu dziecku przejść przez to nowe doświadczenie.Okażcie sobie miłość i troskę a reszta powierzcie Bogu.Szybko zapomnicie o rzeczywistości szpitalnej i wrócicie do normalnego życia.
buziaki i do następnego wpisu.
piątek, 2 sierpnia 2013
Szykujcie pośladeczki,bo dziś dwie wielkie strzykaweczki pełne optymizmu
Szykujcie pośladeczki,bo dziś dwie wielkie strzykaweczki pełne optymizmu
Witajcie moje słoneczka,Dziś zgodnie z obietnicą mam dla was 2 duże zastrzyki optymizmu,
Postanowiłam na chwilę przerwać opis co było i jak było, gdy zdiagnozowano u mnie chorobę.Wyprzedzając trochę fakty napiszę co jest dziś.
Pierwszy zastrzyk optymizmu
Dziś już wiem, że z rakiem naprawdę można wygrać, choć trochę się przy tym trzeba napracować.
Moi mili jeśli zdarzyło wam się zachorować to szczerze sobie odpowiedzcie na pytanie, ile czasu ale przede wszystkim nerw zajęło wam oczekiwanie pod gabinetami lekarskimi czy diagnozowanie i inne zabiegi.
Choroba już zaistniała, więc nie ma wyjścia ale nauczeni doświadczeniem poświęćcie teraz ten czas na doprowadzenie organizmu do harmonii.Oczekiwanie na kolejne wyniki badań,bez aktywnego działania znów wciągną was w kołowrotek biegania po przychodniach i szpitalach.Zażywanie coraz większej ilości leków i innych sztucznych specyfików leczących jedno a szkodzących innym obszarom waszego organizmu mija się z celem. Nie odwodzę was w żadnym wypadku od leczenia konwencjonalnego. Myślę jednak, że zamiast oczekiwać na cud wyleczenia,choć przecież i takie się zdarzają, warto pomóc organizmowi, żeby we współpracy z wami mógł powrócić do pełni zdrowia i szczęścia.
To naprawdę jest możliwe.
Czas na rozmyślania,co ze mną będzie spożytkujcie na aktywne działanie przywracające organizmowi radość życia i pełnię zdrowia. Ponadto, nie wiem jak wy ale ja po zakończeniu leczenia konwencjonalnego poczułam niesamowitą pustkę.
To jak to nikt już nie będzie zabiegał, abym znów nie zachorowała?
Mam nic nie robić i czekać na kolejne badania kontrolne?
Jaką mam gwarancję, że będą dobre?
Nie,nie,nie.
Muszę coś zrobić, by uprawdopodobnić to, że po kolejnych badaniach wrócę na skrzydłach radości zmotywowana do czerpania z życia pełną piersią..
No to mili Państwo, dosyć gadania, długopisiki w rękę.
VADEMECUM UZDRAWIANIA Z RAKA-Danuty Rolińskiej
Autobiograficzny poradnik jak skutecznie pozbyć się choroby nowotworowej
Od tego zaczęłam i to stało się moim elementarzem w procesie uzdrawiania,
zastrzykiem energii potrzebnym do działania i wielką nadzieją, że znów warto robić plany na przyszłość i to bardzo odległą przyszłość.
Poradnik w bardzo przystępny sposób opisuje wiele metod uzdrawiania z raka.Autorka wręcz daje gotowe recepty i nawet pokazuje jak można zaplanować dzień, aby osoby zapracowane i posiadające rodziny pogodziły uzdrawianie z normalnym życiem.Do tego książka nasycona jest wielką dawką optymizmu i potrafi zmotywować do pracy nad sobą.
Przeczytałam ją kilka razy. Najpierw jednym tchem a potem już na spokojnie, wdrażając w życie poszczególne metody.
Autorka mająca bardzo złe rokowania pokonała raka i własną pracą i opisanymi w książce metodami zlikwidowała przerzut.
Nie napiszę wam wszystkiego, bo przestaniecie mnie czytać ale powiem jedno, to działa!!!
Zastosowałam jedną z metod, która zdusiła w zalążku nieprawidłowości, jakie powstały w moim organizmie już po zakończeniu leczenia konwencjonalnego ale o tym w innym wpisie.
Dla chętnych podaję jeszcze linka do bloga autorki.
http://anty-rak-porady.blogspot.com/
Jeszcze malutki wpis dla pesymistów.
No wiem.
bla,bla,bla-każdy dużo pisze a ja i tak jestem chory. No to słoneczko.Długopisik w ręku już masz, teraz weź karteczkę.Podziel ją na 2 części po jednej stronie kolejno numerując opisz wszystkie metody,oprócz konwencjonalnych, którymi wspierałeś swój organizm.Po prawej natomiast wpisz ile dni, tygodni, miesięcy tę metodę stosowałeś..........no tak myślałam,uszy do góry i do roboty.
Jeśli będą to zioła to wiadomo co najmniej 3 miesiące, tak samo jak dieta. Inaczej szkoda trudu.
Kochani, nie oszukujmy samych siebie,rękawy w górę i do roboty. Buciki na nogi i spacerek po książkę.W kolejnych wpisach będę wam podawać jeszcze inne lektury ale tę traktuję jak elementarz.
Dobrze, dzwonek na przerwę i dalej...
Drugi zastrzyk optymizmu
Spójrzcie przez okno świeci słoneczko i będzie dla was świecić jeszcze przez wiele,wiele lat.
Ja skończyłam leczenie konwencjonalne i przez cały czas wspieram organizm w powracaniu do równowagi.
Za 3 tygodnie zmykam nad morze i nie wrócę,aż nie dostanę odcisków od chodzenia po piasku a z mojej skóry nie zacznie odpadać sól morska.Mam nadzieję, że będziecie tęsknić.
Jak toczy się moje życie po zakończeniu leczenia?
Doskonale.Żyję jak normalny zdrowy człowiek, tylko dużo zdrowiej i teraz bardziej słucham swojego organizmu jak czuła matka dzieciątka.Zakupiłam sobie na wyjazd szałowe ciuszki,w których wyglądam fajowo,bo nowy styl życia wpłynął też dodatnio na moją sylwetkę.
Mam nową fajną fryzurę i w tajemnicy powiem wam, że za fryzjera(chemioterapeutyka) nie zapłaciłam nic, mimo to nie polecam hi,hi.
No to na dziś wystarczy. Pracę domową wam już zadałam, więc zbierajcie tornisterki i do następnego razu. Napiszcie mi moi mili, czy wy mnie w ogóle czytacie, bo czasami nie wiem,czy nie lepiej pobiegać po trawce niż was przynudzać.
Pozytywne buziole.Pa,pa
czwartek, 1 sierpnia 2013
Statystyka,diagnostyka...od nich można dostać bzika.
Statystyka,diagnostyka od nich można dostać bzika
Witam Was ponownie moi milusińscy.Dziś powiodę was w krainę zaczarowanej czasem rozczarowanej a już na pewno nieprzewidywalnej diagnostyki lekarskiej.
Troszkę faktów i historii.
MOJA DIAGNOSTYKA
1.Ginekolog-włókniak-skierowanie na cito USG piersi (cito w tłumaczeniu na polskie realia to miesiąc-zrobiłam prywatnie)-może to nie rak
2.USG piersi-guz 2x1cm,raczej złośliwy,podejrzany węzeł chłonny-skierowanie na biopsję cienkoigłową
-a więc jednak rak ale guz nie taki wielki
3.Biosja cienkoigłowa-nowotwór złośliwy sutka,węzeł bez zmian atypowych-mam małego guza bez przerzutów
4.Mammografia-guz 5x3cm-mam raka złośliwego o dużych wymiarach(kiedy on tak urósł) ale raczej bez przerzutów
5.biopsja gruboigłowa przed zabiegiem mastektomii-LUDZIE,LUDZIE JA NIE MAM WCALE
RAKA TYLKO ZMIANY WŁÓKNISTO TORBIELOWATE
6.Operacja wycięcia guza-wyniki histpatologiczne-nowotwór złośliwy,guz wycięty niedoszczętnie-znów mam raka
7.Mastektomia z wycięciem wszystkich węzłów chłonnych-histopatologia-guz złośliwy z przerzutami do węzłów-nic dodać nic ująć
Diagnostyka ...już mam bzika
Rak,nie rak,mały,niemały,bez przerzutów,z przerzutami.
Kochani, na miarę swoich możliwości czekajcie na ostateczną diagnozę,szampan niech spokojnie chłodzi się w lodówce i czeka-zapewniam,że przyda się na każdą opcję
Wnioski-nie smućcie się,nie świętujcie-cierpliwie poczekajcie a potem obierzcie plan działania-to jedyny sposób aby nie dać się zwariować.
Teraz troszkę o relacjach pacjent lekarz i psychologicznych umiejętnościach ludzi przekazujących diagnozę,bez osądów i krytyki ale z odrobiną humoru.Tak naprawdę nikt nie zna recepty na dobre zachowanie w takich sytuacjach..
Sytuacja nr 1
Wyniki pierwszej biopsji-Śpię snem dziecka z nieco zaciśniętym żołądkiem,wyniki będą jutro,więc jeszcze jeden dzień pełnego zdrowia i wolności od wszelkich trosk:
budzi mnie dźwięk telefonu-miła pani z rejestracji informuje mnie,że już są wyniki
myślę sobie-nic z tego Bruner obudziłeś mnie ale nie popsujesz mi dnia
oznajmiam Pani,że jutro będę u lekarza,więc osobiście odbiorę wyniki
podejrzanie milutki Bruner do mnie-nie ma sprawy wyślemy Pani na maila(1:0dla niego)
lecz jednak myślę sobie-nie no w takiej sytuacji musi być dobrze skoro Bruner tak nalega
puls-140
serce-brak skali
krew-cała zlokalizowana w mózgu
stan ogólny-tuż przed omdleniem
Otwieram maila-Bruner ale mnie załatwiłeś-resztkami sił wracam do łóżka
Sytuacja nr 2
ostateczne wyniki po mastektomii ale jeszcze bez histopatologii hormonalnej przekazane przez lekarza
dzień moich imienin-napadam lekarza na korytarzu-rozmawia z pacjentem
Czuję,że zerka na mnie
Stary ale nie uciekaj tak wzrokiem,bo toaleta za daleko,przecież na pewno wszystko gra
podchodzę-no mój Drogi-mów co dobrego i miejmy to już za sobą, bez zbędnych ceregieli
Nie no stary ja cię już od dawna proszę tylko nie taka dziwna mina-wiesz,że tego tygryski bardzo nie lubią
Wydobywa się dźwięk wyroczni
nogi-wata cukrowa,
serce -zagłusza dżwięk
Proszę poczekać pod gabinetem,za chwileczkę przyjdę
No i zaczyna się-dobrze,że w wieczności nie ma czasu,bo chwileczka to takie subiektywne określenie
Analiza prywatna
Jest profesjonalistą,więc nie chce przekazać diagnozy na korytarzu
Miny nie miał takiej złej-pewnie przemęczony biedak
żeby nie zemdleć,żeby nie zemdleć.........
Mija pierwsza godzina
żeby nie zemdleć,żeby nie zemdleć ......
mija druga godzina
Nadchodzi wyrocznia-przeprasza,że się przedłużyło
wyrok-niestety moje podejrzenia się potwierdziły stwierdza-no i skończyło się rumakowanie.
Na koniec oznajmia mi,że jedzie na praktykę i przekazuje mnie doktorowi-radykalne ciątko.
Ten zawsze nosi ze sobą narzędzia, żeby wyciąć co się da zanim pacjent podejmie złą decyzję.
Tu ważna uwaga-tak naprawdę to mój pierwszy lekarz to dusza człowiek-ciepły i profesjonalny-tylko robi za smutne miny przy złych wynikach a sama sytuacja diagnozy,no cóż rzeczywistość szpitalna
Sytuacja nr 3
diagnoza doktora radykalne ciątko
Stoję pod gabinetem czekam na ostateczny wynik i dalsze wskazówki leczenia
Od tego zależy moje dalsze życie,fryzura-chemioterapia i takie tam duperele
Czekam cierpliwie 40 minut
Doktor krąży ale nie patrzy w stronę pacjentów-wiadomo jak łatwo wpaść w wir rzeki.
Po godzinie wchodzę do pokoju ogólnego lekarzy i przypominam doktorowi,że czekam na diagnozę
już,ju,z za chwilkę-słyszę
Czekam drugą godzinę
Jest, wychodzi,idzie w moim kierunku i......w ostatniej chwili znika w sekretariacie
Wychodzi-na pewno analizuje moje wyniki
No stary błagam, bez takich min,stoję na przeciw toalety i jestem cała zdeterminowana,patrzy na kartkę zagubiony,już wiem,że dostałam wielki dar czytania z mimiki twarzy.
Nie wytrzymuję,podchodzę
No i jak Panie doktorze-mówię roztrzęsiona jak uzależniony na głodzie
AAAAAAAAAAA to Pani-mówi zdziwiony i patrzy na mnie jakby mnie kiedyś już gdzieś widział,
No tak,tak zaraz pójdę po wyniki
Trzymam się dzielnie stolika,delirka narasta-nie oszukujmy się uzależniłam się od stawiania diagnozy
Cicho,idzie lekarz-ma moje wyniki-obserwuję go jak położna poród-rusz twarzą trochę człowieku,bo zamazujesz mi obraz
Podchodzi
No ja przepraszam,że tak na korytarzu, bo jestem zagoniony
Niestety........patrzy i patrzy na wyniki-zaraz się na niego rzucę-już wiem co to afekt-niestety nie mam kompletu pani wyników,musi pani zejść na dół i odebrać je sobie.Dam pani skierowanie do fryzjera-chemioterapeuty- bo muszę biec na operację.?To do widzenia.
Do wiedzenia
odpowiadam,gdy lekarz pewnie stoi już nad rozebranym do wnętrzności pacjentem
No to starczy na dziś tego Hitchcocka
Obiecuję,że jutro będzie weselej
Praca domowa dla wszystkich po diagnozie-obejrzeć amerykański film komediowy,pt"Co z tym Bobem".Reeewelacja
Relacja pacjent i psychiatra i nieoczekiwanie role się zamieniają-niesamowita dawka humoru.
Trzymajcie się i pamiętajcie-co nas nie zabije to nas wzmocni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)